Zawiera DLC – znane również jako kontent

DLC i pre ordery. W dzisiejszych czasach rynek gier komputerowych przyjął taką formę, że bez tych dwóch rzeczy, produkcji się po prostu nie wydaje. Mnie – jako potencjalnego nabywcę – wręcz razi wszechobecność bonusów przedpremierowych oraz rozszerzeń do pobrania. Czy to wszystko musi tak wyglądać?

DLC – w mojej opinii – nie są wcale czymś złym, wręcz przeciwnie. Jeżeli lubisz dany tytuł i można do niego dokupić do gry Coś, dzięki czemu rozgrywka będzie lepsza lub ciekawsza, to czemu nie wspomóc twórców, którzy pracowali nad tą zawartością. Oczywiście nie wszystkie DLC uważam za coś wspaniałego, ale niektóre są warte swojej ceny. Spora część graczy nie rozumie – a może nie chce przyjąć do wiadomości – jak wygląda proces tworzenia gier. Istnieje coś takiego jak status „gold” – jest to moment, w którym gra jest już skończona i trafia do różnych firm odpowiedzialnych za dane platformy (Sony, Microsoft itd.), w celu certyfikacji. Okres ten może trwać naprawdę długo, co, jak się domyślacie, jest związane z wielkością danej produkcji. W tym czasie studio nie ma praktycznie nic do roboty. No, może lekko przesadzam, ale jest jej o wiele mniej. Część osób patchuje, testuje. Niektórzy przydzielani są do innych gier. Lecz jest też grupa pracowników, która zostaje bez pożytecznego zajęcia. Co więc w tym czasie mogą robić skoro główna produkcja ma status „gold”? Odpowiedź to właśnie DLC. To jest ten moment, w którym pomysły poboczne – stroje, dodatkowe zadania, fryzury, uzbrojenie – mają szanse zaistnieć. Jestem pewien, że nie jeden developer cieszy się, że nie dość, że ma co robić to być może pracuje nad własnym pomysłem, który nie mieścił się w pierwotnej kalendarzówce.

comics-JaGo-games-dlc-6042721

Jednak są na rynku DLC, z którymi ciężko mi się pogodzić. Jak na przykład te, które wychodzą tego samego dnia, co gra sama w sobie. I nie chodzi mi o kosmetyczne pierdoły, które nie mają wpływu na grę, ale o większy kawałek rozgrywki, jak na przykład dodatkowa postać w grze typu RPG. Nad tym aż unosi się smród, fetor i niesmak, który mówi: Ktoś wyciął kawałek produkcji i próbuje mi ją sprzedać oddzielnie. To tak, jakbym kupował bombonierkę, zapłacił za nią 10 złotych, otworzył i znalazł w środku informację, że kilka czekoladek jest „specjalnych” i można je dokupić za dodatkową opłatą. No ku… motyla noga. Chciałbym podczas zakupu gry czuć, że mam w ręku coś kompletnego. Rozumiem filozofię tego typu zagrań – gry dość szybko się starzeją i według badań o wiele więcej DLC sprzedaje się w pierwszych tygodniach od premiery. Co jest logiczne, ponieważ większość graczy, kiedy już raz przejdzie jakąś produkcję, raczej nie wraca do niej przez najbliższy miesiąc(pomijam wielowątkowe zakończenia dla hardcorowców). Może za pół roku, gdy nie będzie nic innego do roboty – tak, ale czy kiedykolwiek wróciliście do jakiegoś tytułu tylko dlatego, że wyszedł do niego jakiś mini-dodatek? Jest to raczej rzadkość. Naprawdę nie widzę problemu w dodaniu czegoś do produkcji, ale proszę, dajcie mi się nacieszyć grą przez pierwsze – powiedzmy – dwa tygodnie, żebym nie czuł się oszukany.

electronic_arts_does_not_consist_of_moneywhores_by_suffaric-d51xl4k

Kolejna sprawa to preordery. Jest to chyba w tym momencie sprawa gorsza niż wyżej wymienione DLC. Gracze – jak muchy – dają się łapać na lep kosmetycznych dodatków, które nijak wpływają na rozgrywkę, a jednak dają coś, co nie każdy posiada. Niejednokrotnie taka lekkomyślność prowadzi do zawodu. Sam tego doświadczyłem z „Watch_Dogs”. Plan zakładał, żeby normalnie poczekać na recenzje i spokojnie przemyśleć zakup, jednak znajomy podesłał mi link do pre ordera z Empiku, który zawierał strój a la gangster z lat 60 plus broń, tommy gun – nie znacie mnie dobrze, ale muszę zaznaczyć – tommy gun jest moim zdaniem najpiękniejszą bronią palną wyprodukowaną przez człowieka. Po prostu ubóstwiam styl tej pukawki, której zresztą replikę posiadam. Link do pre orderu oznaczał tylko jedno – oferta ta była dla mnie wręcz obłędna, nie mogłem się powstrzymać. Skończyłem ze średnią grą, zawierającą fajne dodatkowe pixele. Nie było to warte ani tych pieniędzy, ani tego poziomu hype’u, jakim obdarzyłem ten tytuł. Nie wspominając już o tym, że gry nadal nie przeszedłem w całości. Ba, myślę nawet, że znudziła mi się po jakichś 20%. Pre order stał się iluzją posiadania czegoś fajnego na ekranie, czym prawdopodobnie pobawimy się tylko przez krótki czas i jest tak popularny, że jedyną szansą na jego pozbycie się jest zaprzestanie przez nas – graczy – kupowania gier w tym systemie. Cierpliwość jest cnotą. Wytrzymajmy ten jeden czy dwa dni.

b201360d620983c28d6d5cc04e6dcd77849f588cf46b145b79e53c713135de35

Do tego całego mechanizmu sprzedaży dochodzą jeszcze fałszywe trailery, „dema” gamplay’u (pamiętacie „Alien Colonial Marines”?) czyli parę sztuczek, dzięki którym dajemy się nabrać na kiepskie tytuły. Producenci, tego typu zagrywkami, doją nas jak krowy . Ubisoft w poprzednim roku zabronił publikacji recenzji swojego nowego assasyna aż do kolejnego dnia po premierze. Połowa skrzyń w grze jest możliwa do otworzenia tylko, jeżeli posiadacie aplikację mobilną. Co się dzieje z tym rynkiem? Może nie skupiajmy się tak mocno na Ubi, którego i tak nikt nie lubi (czujecie ten rym?). Weźmy świeższy przykład – Evolve. Przymknijmy oko – chociaż nie powinniśmy – na fakt, że gra posiadała zapowiedziane DLC zanim jakikolwiek materiał z gry pojawił się w obiegu publicznym. Skupmy się na season passie – opcji, której po dziś dzień nie rozumiem. Twórcy już w dniu premiery starają się nas przekonać o tym, ile to pieniędzy zaoszczędzimy wykupując ten pakiet. „Kup mnie a otrzymasz w formie DLC wszystkie dodatki, jakie się pojawią!” Ok, ale skąd mam wiedzieć, czy będę grał za – powiedzmy – miesiąc? Szczerze? Wątpię. Ludzie kupują na zapas, bo są uwodzeni wirtualnym poczuciem oszczędzania pieniędzy po to, aby później nie doświadczyć połowy z oferowanych rozszerzeń tylko dlatego, że gra ma już ponad dwa miesiące i zwyczajnie im się nie chce. W Evolve, hunting season pass nie zawiera wszystkich dostępnych DLC. W jego skład nie wchodzi nawet dodatkowy potwór, którym możemy grać. Ten dostępny jest dopiero po wykupieniu jeszcze jednego passa nazwanego Monster. Jak widać rynek właśnie ewoluował (he he). Nie dość, że jesteśmy bombardowani bonusami pre order – które niekiedy są ekskluzywne dla danych sklepów (patrz: „Watch_dogs”)- oraz DLC w dniu premiery, to teraz zamiast jednego season pasa – który i był lekkim nad użyciem – mamy dwa. Jedyne, z czego można się cieszyć, to swoisty bojkot Evolve za tego typu zagrywkę. Jeżeli będzie on na tyle skuteczny, że uderzy producenta po kieszeni, to być może nie ujrzymy już tego rodzaju kantów w przyszłości.

Patrząc na dzisiejszy rynek, aż łza się w oku kręci na myśl o dawnych czasach, kiedy dodatkowe grywalne postaci odblokowywane były dzięki postępowi w grze. Wspaniałe dni, w których DLC były po prostu nazywane dodatkami i zawierały masę nowego kontentu, a pre ordery nie posiadały bonusów, a jedynie „zaklepywały” Twoją kopię gry w danym sklepie. Te dni nie wrócą. Cały ten cyrk jest na razie zbyt dochodowy – tak jak masło maślane sequele – i tylko ogromna ilość graczy mówiąca „DOSYĆ TEGO” będzie w stanie zatrzymać ten proceder.

PS Wszystkim polecam „DLC Quest”. Esencja naszych czasów.

  • Witeak~

    Do tego również zalicza się ostatnio bardzo popularny early-access a zwłaszcza różnych gier typu survival. Sprzedaje się nawet nie zrobioną grę, zarabia się kupę kasy a jak jeszcze dodasz do tego kickstarter to po pierwszym miesiącu od „wyjścia” gry możesz pakować walizkę i jechać na hawaje,śmiejąc się ludziom którzy ci za sponsorowali resztę życia w twarz.

    • Dodo

      Tu się zgodzę. Ostatnio na Steamie jest po prostu wylew takich g*wno, za przeproszeniem, wartych gier w stylu survival.